RSS
wtorek, 20 stycznia 2015
Autoreklama
Jako Autor bloga pozwolę sobie na małe odstępstwo od tematu podróżniczego. Chciałbym mianowicie pochwalić się swoimi designerskimi pomysłami, z którymi wiążę pewne nadzieje na przyszłość.
Zapraszam zatem do odwiedzenia strony WWW.MORAWKA.PL i obejrzenie moich prac, a jeśli się spodobają to oczywiście zachęcam do zakupu, bezpośrednio, przez Allegro lub Dawanda.
Jeśli tylko się spodobają bez chęci zakupu to będę wdzięczny za okazanie wsparcia poprzez polubienie strony Morawka na Facebooku:
www.facebook.com/studiomorawka




12:28, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011
Na koniec
Ostatnia noc spędzamy w starej kamienicy w Ming Town Youth Hostel. Okolica przypomina trochę fikcyjne Gotham City z opowieści o batmanie, Ciężkie dekorowane gmachy oblepione neonami i zaplątane w sieć kabli i rur to właśnie kolonialna dzielnica Shanghaju. Ostani spacer ma charakter komercyjny, a mianowićie duokupujemy pamiątki jesli jescze o kimś zapomnieliśmy. Ozech kupuje raczej tradycyjne chińskie souweniry, a ja preferuję zabawki z plastiku z logiem Made in China. Nazajutrz mkniemy już superszybką kolejką magnetyczna na lotnisko. Nie czuje wielkiego żalu że opuszczam Chiny. Pozdrowienia i podziękowania dla Agnieszki i Tomka.

Zapraszam też na stronę www.fajne-miejsce.pl gdzie znajduje się interaktywna trasa naszej wycieczki naniesiona na mapie google.
Zapraszam też do bloga o mojej podróży do Indii:
www.wycieczkadoindii.blox.pl
ooraz aktualnie piszącego się bloga o Argentynie


18:38, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
Yangshuo -sielanka nad rzeką Li
Kolejny dzień znów w podróży. Tym razem jest to najdłuższy odcinek z Chengdu do Guilin i w pociągu spędzamy ponad 20 godzin. Im dalej jedziemy tym piekniejszy krajobraz mijamy i robi isę coraz cieplej. Wysiadamy w Guilin, które okazuje się naprawde dużym miastem z wysoką zbudową, w niczym nie przypomina przyjemnego kurortu w górach. Nieco przerażeni kupujemy wieć bilety do Yangshuo i godzinę później jesteśmy w bardzo spokojnym miasteczku otoczonym charakterystycznymi stromymi górami.Na obu twarzach mojej i Orzecha pojawia się banan od ucha do ucha. Nocleg w hoteliku przy głównej ulicy okazuje sie tańszy niż gdziekolwiek wcześniej, mimo że standardem nie odbiega od tych najdrozszych hosteli z jakich kożystaliśmy. Tego dnia may siłę tylko na mały spacer po mieście które klimatem troche przypomina Karpacz w sezonie letnim. Na głównej uliczce kwitnie handel pamiątkami, tylko ze w porównaniu z pamiątkami z Karpacza jest tu o wiele większy wybór, można kupić nawet designer toys.
Następne trzy dni upływają nam na zwiedzaniu okolicy na wynajmowanych rowerach, co jest fascynujące bo krajobrazy są przepiękne, i jest wiele miejsc kóre warto odwiedzić. Tak naprawdę to dopiero teraz kiedy nie musimy się nigdzie spieszyć zaczynamy odkrywać prawdziwy urok miejsca w które przybyliśmy.
Po tej sielance czeka nas już tylko 15 godzin w pociągu do Shanghaju i powrót do domu.














środa, 22 czerwca 2011
Chengdu i góra Emei-Shan
W Chengdu prosto z pociągu idziemy na taksówkę i jedziemy do Chengdu Panda Breeding Research Center. Jesteśmy na miejscu koło godziny 11, co troche nas martwi bo ponoć pandy są aktywne tylko w godzinach karmienia czyli między 8.30-10, a później już tylko śpia. Zostawiamy plecaki w recepcji i ruszamy na wycieczkę po osrodku. Ludzi jak narazie niewiele, pand wcale. Pierwsza jaka widzimy jest w słoiku, i coś z niej wystaje. Dopiero po pół godziny docieramy do pierwszego wybiegu gdzie za szkłem pogrązone we śnie leża na kamieniach dwie pandy. Ciężko je było zauważyc bo spały tez jak kamień. Wokół powilonu są jecze wybiegi ale pierwsze dwa okazują się puste, za to w kolejnym znajdujemy dwie młode pandy które wcale nie wygladają na śpiące. Coprawda ich nieporadne ruchy przypominają troche zachownie lunatyka, bo ciągle się o cos potykaja, albo spadają z gałęzi. Ich niezdarność jest rozbrajająca i stoimy przed wybiegiem z dobra godzine śmiejąc sie niejednokrotnie do rozpuku zanim postanawiamy iść dalej. W kolejnych pawilonach zanjdują sie dorosłe pandy, oraz przez szybe można też obeżeć zupełnie małe pandy które jescze leża w inkubatorze, albo które są karmione z butelki przez opiekunów. Mamy mały problem z powrotem na dworzec bo żaden z taksówkarzy stojących przed bramą nie hce nas tam zaweźć, niestety ich tłumaczenia są dla nas całkowicie niezrozumiałe. W końcu łapiemy jakąś taksówkę która dopiero kogoś przywiozła i jakoś wracamy. Na dworcu łapiemy autobus do Emei. Emeishan to kolejna święta góra buddystów. Taksówką docieramy do Teddy Bear Hostel który nie jest zbyt tani ale za to ma naprawde fajny klimat i wysoki standard. Siadamy na tarasie żeby zaplanowac kolejny dzień. W końcu można odethnąć świerzym powierzem z dala od zgiełku miasta i w spokoju napić sie piwa.
Niestety o świcie pogoda jest kiepska, mimo to kupujemy bilet na autobus. Na górę Emei można wejśc samemu, ale zakładając nocleg w jednym z klasztorów na górze ponieważ szczyt ma 3099m. Podobnie ja na Huashan jest wielu turystów, szlak na szczyt tez nie przypomina szalków w tatrach, to poprostu szerokie schody. Po drodze do kolejki jadącej na szczyt napewno zaczepią nasz makaki które są dość bezczelne. Wyciągają jedzenie nawet z niezapiętej kieszeni albo torby. Mi wyciągnęły sok z torby na aparat, dobrze że nie obiektyw. Na szczycie znajduje sie wielki pozłacany posąg buddy. Mimo ze na dole panowała zła pogoda, tu w górze świeci słońce, gruba warstwa chmur rozciagnięta jest tuż poniżej wieszchołka. Z powodu wilgotnego klimatu jest to powszednie zjawisko na górze Emei. Ponieważ do wieczora kiedy miał odjechać autobus pozostało sporo czasu postanowiłem zejść z góry pieszo. Orzech wsiadł w autobus bo nienajlepiej sie czuł i pojechał do rezerwatu Makaków. Ja po drodze miałem okazję obejżec kilka z 70 klasztorów buddyjskich zbudowanych na zboczach góry jescze za czasów dynastii Ming i Qiung. Ponieważ praktycznie nikt nie kożysta ze szlaku także podczas zwiedzania klasztorów nikt nie zakłuca atmosfery w nich panującej.
Spotykam Orzecha dopiero w hostelu i idziemy na kolacje do jednej z okolicznych kanjpek, gdzie za przyzwoite pieniądze dostajemy naprawde spore porcje dobrego jedzenia.












Xian i góra Hua-Shan
Pierwszy dzień w Xian spędziliśmy na poszukiwaniu śladów świetności dawnej stolicy Chin, Niestety w obrębie mórów miejskich 99,9% to nowe budynki. Drumm Tower stoi w otoczeniu szklanych budynków i Mackdonalda, a Bell Tower stanowi dekoracje ronda z 5oma pasami ruchu. Zapuszcamy się w dzielnicę islamską. Kluczymy wąskimi uliczkami, nie mając dokładnej mapy prawie sie gubimy. Mijamy wiele niezbyt higienicznie wygladających sklepów mięsnych będących charakterystycznym elementem dzielnicy, jednak zawsze gdy wyciągam aparat zeby zrobic fotkę rozlegaja sie fukania bądź wrzaski jakbym mił przeprowadzać kontrolę sanepidu. Niestety nie udaje śię nam zanleźć meczetu i gdy zaczyna sie sciemniać postanawiamy wracać. Co ciekawe im bliżej hotelu tym częściej zaczepiają nas dość wyzywająco ubrane i wymalowane kobiety. Podejżanie wygladające za dnia sklepiki z dziwną kotarką wewnątrz teraz zdradzają swoje prawdziwe przeznaczenie.
Wstajemy wcześnie żeby zdążyć na autobus na górę Huashan, jedna z 5 wielkich gór taoizmu, ale znana głównie z karkołomnego przejścia wąską kładka nad kilkusetmetrową przepaścią. My także nie z powodów religijnych odwiedzamy tę górę. Pełni nadziei na zastrzyk adrenaliny postanawiamy nie wsiadac do wagonika kolejki tylko skożystać z tak zwanej drogi rycerskiej na szczyt która według przewodnika ma być ciężka i niebezpieczna. Po kilku godzinach wspinaczki docieramy w końcu na pierwszy wieszchołek, ale wielce zawiedzeni bo nigdzie po drodze nie trafiamy na kładke z desek na którą tak liczyliśmy. Na zwiedzanie pozostałych wieszchołków nie ma już czasu. Jak się okazuje w drodze powrotnej podczas ogladana monitora zawieszonego w autokarze, nasza upragniona ścieżka znajdowała się na którymś z kolejnych wierzchołków. Chodziliśy jak struci przez kilka dni, był nawet planżeby wrócic ale po przeliczeniu kasy i czasu ta idea upadła. Dla pocieszenia powstał plan wybrania sie na Camino del Rey, zobaczymy:)
Następnego dnia z rana wymeldowujemy sie i jedziemy obejżeć Terakotową Armię. Jak można było sie spodziewac szturmują ją tłumy turystów z całego świata. Armia wygląda pięknie na zdjęciach, które są robione z miejsc gdzie żaden turysta nie może wejść, a zołnieży ogląda sie z daleka. Jedynie kilka exponatów w gablotach sczelnie otoczonych tłumem turystów z aparatami można obejżeć z małej odległości. Generalnie kolejny zabytek po grotach Longman który nas nieco rozczarował. Z Terakotowej, niemal biegiem udajemy sie po plecaki do hotelu i na stacje by kolejną noc spędzić w pociągu do Chengdu słynącego z ośrodka rozrodczego pandy wielkiej.










Pociągi
Przekonaliśmy sie ze pociągi to wygodny w miarę tani, ale raczej niezbyt szybki środek transportu.
Na dworcu ciężko się zgubic bo wszystko jest dobrze zorganizowane. Na dworzec mozna wejść tylko z kupionym biletem (kasy są dostępne z innego wejścia). Przy wejściu odbywa sie kontrola bagażu prawie jak na lotnisku. Przed wejściem na peron przed odpowiednią bramką zbierają się podróżńi i dopiero pare minut przed odjazdem bramka się otwiera i wszyscy ida na pociąg wyznaczoną plastkowymi taśmami ścieżką. Strategicznym momentem jest kupno biletu bo trzeba jakoś porozumieć sie z osobą po drugiej stronie okienka, co nie zawsze jest łatwe. Nawet jeśli kasjer/ aksjerka mówi po angielsku to z reguły dośc slabo. Dodatkowo nasza wymowa nazw chińskich miast nie zawsze była dobrze rozumiana, wiec warto np. znać numer pociągu. My mieliśmy stała taktykę. Przed odjazdem sprawdzaliśmy w hotelu na stronie: http://www.travelchinaguide.com/china-trains/ numer pociągu , po czym pisaliśmy go na kartce razem z datą, i dodatkowymi informacjami : Hardsleeper (sypialny bezprzedzaiłowy), Lower Bed (wyra na dole) X2 (że dwa bilety...). z reguły to wystarczało, chociaż raz musiałem narysować, które łóżka chcemy. Jeśli chodzi o klasę jaką wybrać to nam o wiele lepiej podróżowało się hardsleeperami, jest to ogólny wagon bez przedziałów z potrójnymi łóżkami piętrowymi. W dzień mozna pochodzić po wagonie, usiąść przy oknie, łatwiej też nawiązać jakiś kontakt z ludźmi. W takim wagonie jest wieksza szansa że zauważy nas ktoś kto rozmawia po angielsku, niż w czteroosobowym przedziale. Na fotce bilety: Softsleeper z Luoyang do Xian, cena 109Y i zwykły osobowy z Chengdu do Emei za 24Y.








Shaolin
Naszczęście drugiego dnia wyjżało słońce, więc w dobrych humorach pobiegliśmy pod dworzec kolejowy by złapać autobus do Shaolin. Jak sie okazało nie w kasie kupuje się bilety, najlepiej poszukać autobusu z napisem Shaolin, albo stanąć i tylko poczekac 5 sekund aż ktoś nam zaproponuje wycieczke do klasztoru i zaprowadzi do autobusu. Jak sie również okazało kupienie biletu na autobus zawierało równiez usługę przewodnika, co na początku mi się nie podobało bo chciałem dawnym zwyczajem pozwiedzać na własną rękę, ale jak późiej sie okazało tylko przewodik gwarantuje obejżenie dwóch świątyń, szkoły i pokazu kungfu w jeden dzień. Tempo zwiedzania jest błyskawiczne, po drodze mijamy kolejne pawilony i kolejne posągi buddy z prędkością światła, a zapalanie kolejnych kadzideł przez naszych chińskich towarzyszy wydjae sie czysto mechaniczną czynością. Jak w większości świątyń nie czuć w nich wogóle religijnej atmosfery. Jedną z ciekawszych atrakcji w szkole kung-fu jest pokaz sztuk walki w wykonaniu młodych adeptów. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie też na oko kilkutysięczna grupa wyrostków którzy w idealnym porządku wracali do swoich kwater z ćwiczeń. Wyglądało to jak zawodowa armia dzieci. Do hotelu wracamy grubo po zachodzie słońca totalnie wykończeni.











wtorek, 21 czerwca 2011
Luoyang
Następnego dnia po pożegnaniu naszych gospodarzy wsiadaliśmy juz do pociągu do Luoyang.
Na miejsce przyjechaliśmy o 4 tej rano. Ledwo przytomni odgoniliśmy ręką taksówkarzy i zapuściliśmy sie w pierwszą ulicę w kierunku centrum w poszukiwaniu hostelu który miał byc blisko. Po ponad kilometrze marszu w deszczu zupełnie pustymi ulicami dotarliśmy w końcu do hotelu, który nie był może najtańszy ale za to pokój był jakby luksusowy. Rano rzut okiem przez okno na miasto, szarówa i przygnębienie. Luoyang jest industrialnym molochem bez żadnego klimatu. Pierwszego dnia zwiedzaliśmy niekończące się zastępy wykutych w skale posągów Buddy zwane Grotami Longman, które może robią wrażenie, ale w innych warunkach atmosferycznych i chyba tylko do pięciotysięcznego Buddy a jest ich tam ponad sto tysięcy. Duszna pogoda od czasu do czasu doprawiona mżawką i nisko wiszące chmury przepuszczające chyba tylko 50 procent światła nie stanowiły ciekawej oprawy dla tego monumentu.





Zhouzhuang, prawie jak Wenecja
Kolejny dzień to wyprawa do jednego z wielu wodnych miast, jakie znajdują sie wokól Shanghaju. Suzhou jest za daleko jak na jednodniową wyprawę więc decydujemy się na Zhujiajiao. W wyniku długich poszukiwań dworca autobusowego który znajduje się przy olbrzymim Shanghaj Indoor Stadium, sóźniliśmy się na autobus i w efekcie pojechaliśmy do Zhouzhuang, o którym przeczytaliśmy że jest najbardziej komercyjne ze wszystkich wodnych miast. Rzeczywiście tłumy Chińczyków szturmujących to małe miasteczko z kanałami zamiast dróg i wąskimi przejściami między domami były olbrzymie, za to za to nie spotkaliśmy tego dnia ani jednej bladej twarzy. Dla niektórych Chińczyków byliśmy większą atrakcją niż te wszystkie gondole i kanały. Czasem czułem się jak biały niedźwiedź na Krupówkach.









Gry, zabawy, występy
Chińczycy mają wielkie zamiłowanie do gier, nie tylko logicznych takich jak szachy, czy domino, ale także zręcznościowych. W dużych miastach bardzo często trafia się na obrazek gdzie parę osób siedzi wokół stolika, wiadra na którym stoi szachownica, albo kamienia, i przycinają partyjkę szachów, kart, albo grają w domino. Są to głównie osoby dorosłe i starsze, młodzieży raczej nie widziałem, pewnie, grają już tylko na smartfonach. Co ciekawe również starsi często grają w zośkę, albo bawią się yoyo. Wieczorami zaś idąc wzdłuż parku często usłyszymy muzykę graną z magnetofonu i spotkamy pary, nie zawsze mieszane tańczące na tak zaimprowizowanej prywatce pod gołym niebem. Raz też natknęliśmy się w parku na koncert kilku muzyków i małego chóru który wyglądał na dość spontaniczne przedsięwzięcie. Jak nam jednak wyjaśniła para spotkanych Niemców którzy mieszkają już jakis czas w Chinach, repertuar raczej zawiera pieśni wychwalające rząd i system komunistyczny. Więc może nie taki spontan...












Szanghai
W Szahnghaju spędzamy tydzień w miłym toważystwie Agnieszki i Tomka oraz Zuzi i Tymka ich dzieci wzbudzających podziw wśród chińskich mam bądź przyszłych mam. Włosy blond i jasne oczy są w chinach rzadkościa więc czaem wokół wózka gromadzi się tłumek kobiet. Nam też kilka razy zadżyło się być atrakcją ale nigdy na taką saklę. Na razie ponieważ jesteśmy z Tomkiem i z Agnieszką nie musimy sie martwić o to co zamówić w restauracji oraz jak wrócić do domu. Pózniej okaże się że bariera językowa jest jednak sporym problelmem, i zamiast jajecznicy na śnaidanie dostajemy półsurową rybę z piwem. Dlatego najlepiej wybierać restauracje z menu obrazkowym. Warto też zawsze mieć przy sobie Lonleyplanet i pokazywać w np kasach biletowych albo taksówkach cel podróży pisany chińskimi literami bo raczej żadna angielska nazwa czy transkrypcja nie zostanie zrozumiana.
Oprócz miłych wieczorów i pozanwania kuchni Chińskiej i Koreańskiej z naszymi gospodarzami, staramy sie jak najwięcej zwiedzać. Pomaga nam w tym metro którym łatwo jest podróżować, bo jest bardzo rozbudowane a kupowanie biletów tez jest dość proste dzięki automatom z jęykiem angielskim. Liczba ludzi w metrze robi niemałe wrażenie, a jescze wieksze to, że te rzeki ludzi przechodzących z jednej lini do drugiej nigdy sienie zderzają i nie tworzy się zamieszanie, wystarczy kawałek plastikowej taśmy rozwiniętej między rachitycznymi słupkami żeby skutecznie oddzielić nacierające na siebie z przeciwka tłumy ludzi. Na pierwszy ogień naszego zwiedzania idzie Stare Miasto i herbaciarnia Huxingting Teahouse zbudowana na środku satwu gdzie hodowane są karpie i żułwie wodne. Mimo wysokich cen postanawiamy skożystać z oferty i delektować się herbata oraz pięknem starej architektury siedzać w zacisznym wnętrzu i tylko przez uchylone okienko zerkać na przelewające się przez ogród tłumy. Postanawiamy nie zabawiac długo w tym miejscu tylko zapuścić sie w boczne uliczki starego miasta. Więksość uliczek wygląda dość obskurnie ale nie mniej malowniczo od zabytkowej herbaciarni. Sądząc po wyglądzie domów rządzi tu zasada że wszysko może sie przydać. Handel i usługi odbywają się na ulicy, nie przeszkadzając w normalnym życiu, tuż nad straganami z jedzeniem suszą się ubrania, nad wszyskim unosi sie zapach potraw i kuż. Normalnym widokiem są męzczyźni grający w karty bądź szachy, zajadające trzcinę dzieci, i krzątające się przy praniu lub kuchni kobiety.
Drugą atrakcja której nie mogliśmy odpuścic będąc w Shanghaju była wieża telewizyjna Oriental Pearl Tower w dzielnicy Pudong. Przejazd promem na drugą stronę rzeki kosztuje 0,5 Y, można przedostać się metrem, albo przejechać specjalnym tunelem Sightseeing Bund Tunell, gdzie podczas jazdy ogląda się wizualizacje wyświetlane na ścianach, ale jest to dośc drogie. Pudong sprawia wrażenie miasta widmo, mimo iz ma to być centrum finansowe Chin. Szerokie ulice wieją pustka, mijają nas nieliczne luksusowe samochody. Pudong sprawia wrażenie dzielnicy która jest jescze w trakcie budowy i nie została jescze zasiedlona ludzmi. Nawet dom handlowy do którego wchodzimy żeby coś wrzucić na ząb robi wrażenie opuszczonego gmachu, sa tam sklepy i restauracje wszystkie czynne, ale kręci się tam zaledwie pare osób. Wejście na wieże jest dośc drogie kosztuje chyba 300 Y, ale widoki oraz chodzenie po szklanej podłodze na wysokości 300m są tego warte.














Lot
  Jak na złość w dniu wylotu zacząłem chorować, kilkanaście godzin lotu z przesiadką w Zurychu, a ja sie czuję jakbym miał umierać. Łykam aspirynę jak tiktaki, bo czuje że mam niezła gorączkę, od tego wszystkiego zaczyna mne boleć brzuch. Uff w końcu londujemy, a na lotnisku obrazki jak z filmu "12 małp" kamery termowizyjne, kolesie w maskach na twarzy i kontrole lekarskie. Już widzę oczami wyobraźni jak muszę spędzić cały pobyt w szpitalu na kwarantannie. Mimo że pot leci ze mnie ciurkiem, dziwnym trafem przechodzę wszystkie bramki bez żadnych pytań.
Począteczek
Nazywam ten rozdział tak zdrobniale, bo ten wyjazd do Chin nie był wcale przezemnie planowany, po prostu się trafił. Pewnego dnia chyba we wrześniu, kiedy byłem u znajomych padła propozycja zebym ich odwiedził w Szanghaju. Na drugi dzień miałem juz bilet lotniczy. Tomek pracuje w firmie która ma oddział w Chinach i ma tam mieszkanie. W czasie mojego pobytu mieli byc w Chinach calą rodziną. W ciągu kilku tygodni do wycieczki podłączył się Orzech, który też chciał pozwiedzać. Do załatwienia została już tylko wiza, której wyrobienie zleciłem jednemu z biór turystycznych które sie tym zajmuja, i za co pobieraja opłatę 100 zł, co łącznie z wizą wynosi 350 zł. Szczepień nie musiałem już robić bo rok wcześniej byłem w Indiach i zaszczepiłem się na wszystkie możliwe świństwa, za to Orzech na wariata zapodawał wszystkie szczepienia naraz. Przed wylotem zostało pare dni na zaplanowanie ew trasy wycieczki. Pomagł nam w tym internet oraz przewodnik Lonleyplanet zakupiony w sklepiepodróznika. Plan podróży do końca pozostał kwestia otwartą ze wzgledu na to że nie wiedzieliśmy jak długo zajmie nam pobyt w Shanghaju, oraz jakie będą czasy przejazdu pociągami. Mieliśmy jednak kilka żelaznych punktów których chcieliśmy sie trzymać, a mienaowićie: Shuzou zwane Wenecją wschodu, Klasztor Shaolin, góra Huashan, Guilin, i jakby zostało czasu to spedzić parę dni nad brzegiem oceanu (ale nie zostało).