Blog > Komentarze do wpisu
Chengdu i góra Emei-Shan
W Chengdu prosto z pociągu idziemy na taksówkę i jedziemy do Chengdu Panda Breeding Research Center. Jesteśmy na miejscu koło godziny 11, co troche nas martwi bo ponoć pandy są aktywne tylko w godzinach karmienia czyli między 8.30-10, a później już tylko śpia. Zostawiamy plecaki w recepcji i ruszamy na wycieczkę po osrodku. Ludzi jak narazie niewiele, pand wcale. Pierwsza jaka widzimy jest w słoiku, i coś z niej wystaje. Dopiero po pół godziny docieramy do pierwszego wybiegu gdzie za szkłem pogrązone we śnie leża na kamieniach dwie pandy. Ciężko je było zauważyc bo spały tez jak kamień. Wokół powilonu są jecze wybiegi ale pierwsze dwa okazują się puste, za to w kolejnym znajdujemy dwie młode pandy które wcale nie wygladają na śpiące. Coprawda ich nieporadne ruchy przypominają troche zachownie lunatyka, bo ciągle się o cos potykaja, albo spadają z gałęzi. Ich niezdarność jest rozbrajająca i stoimy przed wybiegiem z dobra godzine śmiejąc sie niejednokrotnie do rozpuku zanim postanawiamy iść dalej. W kolejnych pawilonach zanjdują sie dorosłe pandy, oraz przez szybe można też obeżeć zupełnie małe pandy które jescze leża w inkubatorze, albo które są karmione z butelki przez opiekunów. Mamy mały problem z powrotem na dworzec bo żaden z taksówkarzy stojących przed bramą nie hce nas tam zaweźć, niestety ich tłumaczenia są dla nas całkowicie niezrozumiałe. W końcu łapiemy jakąś taksówkę która dopiero kogoś przywiozła i jakoś wracamy. Na dworcu łapiemy autobus do Emei. Emeishan to kolejna święta góra buddystów. Taksówką docieramy do Teddy Bear Hostel który nie jest zbyt tani ale za to ma naprawde fajny klimat i wysoki standard. Siadamy na tarasie żeby zaplanowac kolejny dzień. W końcu można odethnąć świerzym powierzem z dala od zgiełku miasta i w spokoju napić sie piwa.
Niestety o świcie pogoda jest kiepska, mimo to kupujemy bilet na autobus. Na górę Emei można wejśc samemu, ale zakładając nocleg w jednym z klasztorów na górze ponieważ szczyt ma 3099m. Podobnie ja na Huashan jest wielu turystów, szlak na szczyt tez nie przypomina szalków w tatrach, to poprostu szerokie schody. Po drodze do kolejki jadącej na szczyt napewno zaczepią nasz makaki które są dość bezczelne. Wyciągają jedzenie nawet z niezapiętej kieszeni albo torby. Mi wyciągnęły sok z torby na aparat, dobrze że nie obiektyw. Na szczycie znajduje sie wielki pozłacany posąg buddy. Mimo ze na dole panowała zła pogoda, tu w górze świeci słońce, gruba warstwa chmur rozciagnięta jest tuż poniżej wieszchołka. Z powodu wilgotnego klimatu jest to powszednie zjawisko na górze Emei. Ponieważ do wieczora kiedy miał odjechać autobus pozostało sporo czasu postanowiłem zejść z góry pieszo. Orzech wsiadł w autobus bo nienajlepiej sie czuł i pojechał do rezerwatu Makaków. Ja po drodze miałem okazję obejżec kilka z 70 klasztorów buddyjskich zbudowanych na zboczach góry jescze za czasów dynastii Ming i Qiung. Ponieważ praktycznie nikt nie kożysta ze szlaku także podczas zwiedzania klasztorów nikt nie zakłuca atmosfery w nich panującej.
Spotykam Orzecha dopiero w hostelu i idziemy na kolacje do jednej z okolicznych kanjpek, gdzie za przyzwoite pieniądze dostajemy naprawde spore porcje dobrego jedzenia.












środa, 22 czerwca 2011, olekpieta

Polecane wpisy